logo logo

Nie lubię smartwatchy, czyli kilka słów o Moto 360 (którą lubię)

Obowiązkowe zdjęcie włosów na ręce w towarzystwie smartwatcha.

Historia smartwatchy jest długa jak sto pięćdziesiąt, nie będę się o niej rozpisywał. Zwłaszcza, że doskonale zrobił to Thom Holwerda w swojej wczesnej recenzji Moto 360. Tu będzie jedynie o tym, dlaczego nie lubię tych urządzeń, mimo że bardzo lubię moją Moto 360.

Sama koncepcja inteligentnych zegarków (brrr, okropnie to brzmi, już nie będę) jako przedłużenia smartfona zawsze mi bardzo odpowiadała. Dlatego współczesne smartwatche, które trochę przywrócił do życia Samsung ze swoim Galaxy Gear kilka lat temu, nie do końca przypadły mi do gustu, nawet jeśli miały interesujący wow factor jako coś pozornie nowego.

Jak tylko pojawiły się pierwsze rendery i zapowiedzi ze strony Motoroli, wiedziałem, że 360 będzie moja. Planowałem ściągać ją z US natychmiast po premierze, ale ostatecznie trochę ochłonąłem i w końcu doczekałem się wejścia Moto do polskiej dystrybucji. Ostatecznie trafiła w moje ręce na początku lutego tego roku, więc już po paru aktualizacjach poprawiających wydajność oraz czas pracy na baterii, nie tafiłem więc na główne powody narzekań recenzentów. Tylko raz zdarzyło mi się, by zegarek rozładował się w ciągu dnia, a i to przez typowy androidowy battery drain, a nie z winy samego urządzenia. Zazwyczaj bateria wystarczała na ok. 30-36 godzin, choć i tak prawie zawsze (poza testami baterii) zostawiałem ją na ładowarce na całą noc, aby nie być zaskoczonym w ciągu dnia. Rekordowo udało mi się wyciągnąć niemal dwie pełne doby na jednym ładowaniu, ale były to dni, w które byłem po dwanaście godzin w pracy, na nic nie miałem czasu, a po powrocie do domu padałem bez sił spać. Poza tą jednorazową sytuacją, mówimy o normalnym korzystaniu – czytaniu powiadomień, kontroli muzyki, sporadycznym odpowiadaniu na wiadomości w Hangouts – także głosowe.

W kwestii designu – szybko przestałem zwracać uwagę na pasek na dole ekranu, przez który Motorola nazywana jest przez złośliwców Moto 270. I tak z przyzwyczajenia z tradycyjnych zegarków korzystam z ciemnych watchface’ów, a z powiadomieniami i tak ten pasek komponuje się elegancko. Nawet ekran, mimo że to IPS, mi nie przeszkadza. Pasek jest czadowy, koperta także, a jedyna uwaga, jaką mam, dotyczy pękającego spodu koperty, co spotkało także mnie (i chyba każdego, kto miał do czynienia z tym urządzeniem). No, ewentualnie szkło mogłoby być wypukłe, a nie płaskie. Ale mogłoby to powodować kłopoty w poruszaniu się po systemie.

I tu dochodzimy do sedna, czyli oprogramowania. Wcześniejsze wersje Android Wear bardzo mi odpowiadały. Dzięki tamtej koncepcji systemu, Moto 360 była dla mnie przedłużeniem telefonu. Przede wszystkim pokazywała mi godzinę, przy okazji wyświetlała powiadomienia. Nie instalowałem żadnych aplikacji, część domyślnych (np. Google Maps) nawet poblokowałem, bo tylko przeszkadzały. Bardzo odpowiadało mi, że urządzenia na Wear nie starają się, jak tizenowe smartwatche Samsunga, być kolejnym smartfonem na nadgarstku, a typowym urządzeniem towarzyszącym – pozwalającym przede wszystkim rzadziej wyciągać telefon z kieszeni. Niestety, później pojawił się Apple ze swoim Apple Watchem i wszystko zepsuł.

Android Wear, idąc w ślady Apple Watch, skupiło się na samsungopochodnym podejściu do uwypuklenia roli aplikacji na smartwatchu. Dodano skróty w launcherze, aplikacje stały się niemal centrum systemu, zamiast być trzeciorzędnym dodatkiem. Niestety, po aktualizacji do 5.1, pogorszył się też czas pracy zegarka na baterii – obecnie kładąc się spać, czyli ok. 1:00-2:00, mam 5-8%, ładowanie przez noc stało się więc koniecznością. Nie ukrywam, że niektóre opcje, takie jak pozostawienie na wierzchu niektórych aplikacji nawet po wygaszeniu ekranu, uważam za przydatne (choć sam korzystałem tego jedynie przy Keep do listy zakupów). Bardzo przypadły mi także do gustu gesty nadgarstka, czyli przewijanie przez powiadomienia przez odpowiedni ruch ręką.

Nie zamierzam nikogo przekonywać do swoich racji, rynek chyba pokazał, że ludzie chcą aplikacji na nadgarstku. Po prostu przez kierunek, jaki obrały w ostatnich miesiącach smartwatche, straciły one dla mnie sporo uroku. Nie chcę rozmawiać przez zegarek, nie potrzebuję w nim głośnika. Nie chcę na nim grać, ani przeglądać sieci. Chcę tylko, aby dobrze wyglądał i pozwalał mi rzadziej niż zwykle sięgać po telefon. W zasadzie idealnym smartwatchem dla mnie byłby tradycyjny zegarek z przezroczystym OLEDowym wyświetlaczem umieszczonym nad tarczą, gdzie wyświetlałyby mi się tylko powiadomienia i możliwość interakcji z nimi. Tylko tyle i aż tyle.

Choć przyznaję, że sam korzystam często z jednej aplikacji dedykowanej Wear, nie będącej częścią smartfona – jako człowiek mający duże problemy z podejmowaniem decyzji, bardzo często polegam na Coin Toss.