logo logo

Samsung Galaxy Note 4 – recenzja rozmiarosceptyka

Niedawno w ramach konkursu zorganizowanego przez Samsung Polska i Galaktyczny.pl mieliśmy możliwość przetestowania jednego z flagowych urządzeń koreańskiego producenta – Galaxy Note 4. Tutaj pojawią się moje wnioski z kilku dni z tym smartfonem.

Dla mnie te kilka dni z Notem 4 miały przede wszystkim przynieść odpowiedzi na następujące pytania:

Dodatkowo podczas korzystania powychodziło kilka innych rzeczy, które opiszę na końcu tekstu.

Wyświetlacz i rozmiar

Nie jest tajemnicą, że uważam Moto X 2013, mimo jej wielu wad, za najlepszy telefon, jakiego kiedykolwiek używałem. Gdy kilka lat temu pojawiły się pierwsze Galaxy Note’y, byłem do nich nastawiony bardzo sceptycznie – po co tak duży wyświetlacz? Przecież nie da się tego wygodnie używać. Po co mi rysik? Przecież schowałem go do szuflady razem z ostatnim Palmem i nie wyciągałem nawet w czasach Windows Phone. Note’y, jak większość innych telefonów, stawały się z roku na rok coraz większe i większe (Nexus nagle spuchł z pięciu na sześć cali!), a tym czasem dla mnie 5” było już zbyt duże do komfortowego używania jedną ręką. Nexus 4 był fajny, ale przez swoją szerokość (wyświetlacz w proporcjach 16:10, nie 16:9) i śliskie szklane plecki nie był szczytem ergonomii. Natomiast pierwsza generacja Moto X była wręcz idealna. Wygięte plecki świetne leżały w dłoni, małe ramki wyświetlacza pozwalały sięgnąć w dowolne jego miejsce kciukiem, a materiał obudowy był przyjemnie matowy. Nie należę też do fanów aluminium. Nie rozumiem jego premium feel, źle wpływa na ergonomię, brzydko się odkształca, niezbyt dobrze chroni wyświetlacz, do tego jest wszędzie wciskane na siłę. Z drugiej strony nie byłem też miłośnikiem wcześniejszych decyzji projektantów urządzeń Samsunga – ‘plastikowy chrom’ wyglądał tanio,pseudo-skórka z pseudo-przeszyciami w GN3 wywoływała uśmiech politowania. a ramka GS5 z klapką-uszczelką była wręcz przykra. Z tych powodów do GN4 podchodziłem bardzo sceptycznie.

Po tych kilku dniach używania, wciąż nie jestem do końca przekonany. Na pewno znacznym udogodnieniem są kapitalne rozwiązania usprawniające obsługę jedną dłonią: możliwość zmniejszenia i przesunięcia klawiatury w dowolnym kierunku, opcja zmniejszenia i umieszczenia w ‘oknie’ używanej aplikacji (niestety, nie każdej), czy nawet zmniejszenia całego obszaru roboczego tak, by zajmował jedynie część wyświetlacza, aby móc sięgnąć do najbardziej oddalonych elementów interfejsu. Wywołuje się to prostym gestem przesunięcia palcem od krawędzi do środku ekranu i z powrotem.

Duży ekran pozwala też na lepszą wielozadaniowość – możemy umieszczać dwie aplikacje jedna nad drugą, co pozwala nam na przykład jednocześnie prowadzić rozmowę przez Hangouts i notować rzeczy, czy chociażby tweetować. Niestety, nie każda aplikacja obsługuje tryb wielu okien.

W ostatnich dniach testowania byłem coraz bliższy przekonaniu się do tak dużego wyświetlacza, w dużej mierze dzięki wymienionym udogodnieniom. Bardzo mocno pomogła w tym też po prostu jakość samego wyświetlacza. Mili ludzie z DisplayMate jak zwykle mieli rację. Ten wyświetlacz ociera się o doskonałość. Poza oczywistami cechami OLEDa, jak doskonałe, smoliste czernie, mamy tu bardzo wysoką jasność i dobrą widoczność w świetle słonecznym (OLED jest teoretycznie mniej reflektywny od LCD, choć różnie z tym bywa w rzeczywistości) oraz kolory, które są jednocześnie bardzo nasycone, ale zachowują przy tym referencyjną precyzję odwzorowania barw. Wyświetlacz tego typu zwiększa też niewyobrażalnie komfort korzystania z niego w nocy, przy braku zewnętrznego oświetlenia. Gdy świecą tylko te elementy, które mają świecić, a czernie pozostają czarne do tego stopnia, że nie wiemy, gdzie kończy się wyświetlacz, znacznie łatwiej jest skupić się na czytanych treściach. No i oczywiście, kapitalnie gra się na tym wyświetlaczu w Limbo ;-) Jeśli miałbym na coś przy nim narzekać, to dość szybka deformacja kolorów przy kątach, co teoretycznie na OLEDzie nie powinno mieć miejsca. Ale to mały problem.

wyświetlacz w Galaxy Note 4 ociera się o doskonałość.

To, co spowodowało, że nie kupuję w stu procentach urządzenia tej wielkości to nie sam rozmiar wyświetlacza, a konstrukcja urządzenia. Ostre krawędzie oraz aluminiowe ramki sprawiają, że wygoda trzymania Note’a jedną ręką pozostawia dużo do życzenia. Ramki wbijają się w rękę przy próbie dosięgnięcia do odległych elementów interfejsu, a ostre kąty na krawędziach wyświetlacza powodują, że łatwo przypadkowo nadusić coś spodem palca. Może gdyby zastosowano tu zakrzywione, spływające krawędzie, jak ma to miejsce w urządzeniach Motoroli, czy nawet Samsunga własnym S6 Edge, byłbym bardziej przekonany. Podsumowując – duży wyświetlacz na tak, zwłaszcza przy tej jakości. Jednak niekoniecznie w tym urządzeniu, przy tym designie. A obsługa jedną ręką? Cóż, większość z nas ma dwie.

S-Pen

Kolejna rzecz, rysik. Nigdy nie zgadzałem się ze słowami Jobsa, że rysiki nie są potrzebne. Palce owszem, są fajne. Palce, rzeczywiście, zawsze mamy pod ręką i nie musimy ich wyciągać. Palce jednak mają istotną wadę: są mało precyzyjne, nawet przy najlepszym oprogramowaniu korygującym niedokładne tapnięcia. S-Pen kupił mnie niemal od pierwszego wyciągnięcia ze slotu. Pisałem nim znacznie częściej, niż za pomocą klawiatury, nawet po włączeniu jej obsługi jedną ręką. Co chwila coś notowałem, czy to za pomocą rozpoznawania pisma (software Samsunga czyta moje pismo lepiej, niż ja sam), czy zwyczajnych odręcznych notatek. Nawet notatki do tego tekstu sporządzałem w S-Note za pomocą rysika. Przy okazji uroczo zdobiąc je kolorami.

Dodatkowo, rysik daje nam szereg dodatkowych funkcji, których palce sa pozbawione. Chociażby takie drobiazgi jak hover w przeglądarce internetowej, czy możliwość umieszczenia go nad wyświetlaczem podczas przeglądania galerii, by podejrzeć zawartość katalogu bez otwierania. Bardzo przydatną funkcją była dla mnie też jedna z opcji z menu rysika (uruchamianego przez naduszenie przycisku na S-Penie podczas trzymania go nad wyświetlaczem), mianowicie szybkie notatki. Często korzystałem z tego w pracy, gdy podczas sporządzania np. raportów musiałem szybko coś zanotować. Gdy oddalimy się z Notem bez wsunięcia rysika z powrotem do slotu, poinformuje on nas o tym, aby zapobiec zgubieniu go.

Dwie rzeczy nie przypadły mi do gustu. Na pierwszą raczej nic się nie poradzi – pisanie rysikiem ogólnie było czadowe, jednak problemy sprawiała śliskość szkła. Problem raczej nie do przeszkoczenia, chyba że poprzez zastosowanie końcówek o większym współczynniku tarcia. Druga sprawa to design S-Pena, który mocno odstaje od reszty telefonu. Pozostawiono tu ‘plastikowy chrom’ znany z wczesniejszych urządzeń Samsunga, który przy aluminiowej białej ramie telefonu wygląda nieco tanio. Zwłaszcza, gdy przypomnieć sobie kapitalne metalowe rysiki w Palmach. Reasumując – S-Pen to rozwiązanie niemal doskonałe i jedno z najbardziej zachwycających mnie rozwiązań w Note’cie.

Touchwiz

Pora na Touchwiz. Nigdy nie byłem jego zwolennikiem. Niemal od początku mojej przygody z Androidem unikałem go. Głównym zarzutem zawsze było przeładowanie funkcjami i mały wizualny rozwój nakładki. Przykładowo, ikony nie zmieniły się w nim od lat. Menu ustawień w SGS5 było tak przeładowane, że nic nie dało się w nim znaleźć. W Note 4 jest nieco lepiej, ale Touchwiz wciąż wydaje się być najsłabszym punktem urządzenia. Najbardziej zniechęcały mnie nastepujące rzeczy:

Plus jest taki, że większość tych problemów można rozwiązać stosując zamienniki. Do launchera nie dałem rady się przekonać, po kilku podejściach zainstalowałem Action Launcher 3 i poczułem się jak w domu. Pomogło to też z ikonami, bo po prostu ustawiłem paczkę inną, niż domyślna. Największe problemy z klawiaturą, to nieznośnie ciężki dostęp do przecinka – nie da się ustawić go na stale widoczny na klawiaturze, a popup ze znakami interpunkcyjnymi nie zamyka się po wprowadzeniu wybranego symbolu, tylko pozostaje otwarty, aż go nie odklikniemy. Nie rozumiem, jak takie rozwiażanie mogło przejść przez jakąkolwiek kontrolę jakości. Prędzej widziałbym niedostępny, ukryty przycisk kropki, gdyż tę wprowadzać możemy podwójnym tapnięciem spacji, a na jej miejscu umieszczony przecinek. Zbyt łatwo zdarzało mi się też przypadkowe tapnięcie w backspace, gdy chciałem wpisać ‘m’ – często zanim się zorientowałem, zdążyłem usunąć już cały wprowadzany tekst. Klawiatury tak łatwo już nie zastąpimy, gdyż w przypadku używania Google Keyboard jako domyślnej, nie uruchamia się już automatycznie panel rozpoznawania pisma w przypadku tapnięcia w pole tekstowe rysikiem. No i Google Keyboard nie ma opcji przesunięcia w bok dla wygodniejszej jednoręcznej obsługi. . Nie rozumiem też, dlaczego Samsung uważa, że potrzebne mi są takie aplikacje, jak Facebook, Messenger, Whatsapp, czy jakiś Pages Manager. Jestem w stanie jeszcze zrozumieć dorzucanie własnych aplikacji, aby promować własne usługi, jednak wrzucanie takiego bloatware’u jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Kłopot z widokiem ostatnich aplikacji polega zaś z najistotniejszego designerskiego błędu, czyli dotykowych przycisków podekranowych. Otóż, software’owy przycisk zamknięcia wszystkich aplikacji znajduje się na samym dole ekranu, tuż nad pojemnościowymi przyciskami. Kilkukrotnie zdarzyło mi się przesunąć palec z app-switchera na ekran prosto w przycisk zamknięcia wszystkiego. Kląłem szpetnie. Dodatkowo przy przełączaniu aplikacji natrafiałem na jeden z bardzo nielicznych przycięć systemu (drugie następowało podczas przełączania otwartych kart w Operze).

Dużym kłopotem są tez ustawienia systemowe. Czysty Android jest chwalony za najbardziej czytelne i przejrzyste menu ustawień ze wszystkich dużych mobilnych systemów operacyjnych. Niestety, nie można tego powiedzieć o ustawieniach z Touchwiza. Przez ogrom funkcji ustawienia rozbite są na zbyt wiele kategorii, co powoduje, że chcąc coś zmienić i odnaleźć, musimy mocno naklikać się w tę i z powrotem. Pomaga tu nieco wyszukiwarka dostępna u szczytu ekranu, jednak nie jest to najwygodniejsze rozwiązanie, jeśli nie wiemy, jak nazywa się funkcja, której szukamy, lub mamy problem z nazwaniem jej. Natomiast design panelu szybkich przełączników wygląda na wyjątkowo niedopracowany. Tutaj bardzo duży minus dla projektantów oprogramowania.

No i właśnie. Przyciski. Po pierwsze: Samsungu, proszę, naucz się wreszcie, że poprawna kolejność, to 1. wstecz, 2. home, 3. osatnie aplikacje. Wszyscy już się nauczyli, że tak jest. Nie odwrotnie. Po drugie: wiem, że lubicie ten swój fizyczny przycisk home. Ale trudno się do niego przekonać. Niepotrzebnie się rusza, wymaga zbyt dużego ruchu, przykładania siły, niepotrzebnie wydłuża urządzenie, a pojemnościowe przyciski wokół fizycznego to kompletny usability nightmare, zdecydowanie zbyt łatwo przypadkiem je nacisnąć chociażby podczas przewijania stron. Często łapałem się na tym, że włączałem opcję zmniejszania ekranu tylko po to, by mieć dostęp do przycisków ekranowych, a nie fizycznych.

Ogólnie rzecz biorąc – Touchwiz dalej na nie, ale nie jest to już deal-breaker. I nie są to tylko złe rozwiązania

Na osłodę powiem, że Touchwiz to nie tylko złe rozwiązania. Kilka funkcji okazało się byc naprawdę mocno przydatnych. Przykładowo, smart stay, czyli funkcja nie wygaszania ekranu dopóki na niego patrzymy, abyśmy nie musieli go wybudzać przy dłuższym czytaniu. Bardzo przypadło mi też do gustu oznaczenie nowych plików w galerii, co ułatwia zlokalizowanie ich na przykład podczas załączania ich w mailu. Dodatkowo stałem się sporym fanem funkcji bezpośredniego dzwonienia do otwartego kontaktu po przyłożeniu urządzenia do ucha. Aż szkoda, że nie działa z Hangouts, bo jest to najczęściej używana przeze mnie aplikacja kontaktowa – także do SMS-ów. Bardzo dużym plusem są też wszelkie rozwiązania związane z rysikiem – aplikacja do notatek, sygnalizowanie braku rysika w slocie, czy aplikacja kamery, która jest jednocześnie prosta w obsłudze, ale po dobraniu się głębiej pozwala na bardzo szczegółowe ręczne dobranie ustawień.

Większość niedociągnięć Touchwiza można na szczęście obejść, ale po pierwsze, nie ze wszystkim da się tak zrobić, po drugie – chyba nie o to w tym wszystkim chodzi, aby musieć szukać zamienników oprogramowania dostarczanego przez producenta. Z drugiej strony, wszyscy customizujemy swoje urządzenia z Androidem, korzystając z alternatywnych launcherów, klawiatur, zamienników domyślnych aplikacji, więc nie jest to takim problemem. Ogólnie rzecz biorąc – Touchwiz dalej na nie, ale nie jest to deal-breaker.

Note 4 w pracy

Wykorzystanie Note’a jako narzędzia usprawniajacego pracę. Tutaj dopiero sprzęt pokazał pazury. Podczas pracy w dużej mierze wykorzystywałem multitasking – przykładowo, fotografowałem ekspozycje, jednocześnie zapisując różne rzeczy w uruchomionej na wierzchu notatce. Dodatkowo wielozadaniowość przydała się podczas pisania raportów, gdzie musiałem przeklepywać informacje z jednego miejsca w drugie. S-Pen znacznie usprawnił też skakanie po arkuszu kalkulacyjnym i wypełnianie jego komórek. IR blaster w połączeniu z aplikacją Smart Remote również bardzo się przydały się w pracy – nie musiałem już szukać pilotów i baterii do każdego telewizora osobno, po prostu ustawiłem sobie w telefonie pilot Samsunga, Sony, LG, Panasonic i mogłem działać. Sprawdziłem też możliwości kamery, zwłaszcza kręcenie wideo w Ultra HD, które bezproblemowo mogłem natychmiast streamować do telewizorów w tej rozdzielczości. Ciekawie sprawdzało się również Smart View, czyli możliwość przesyłania obrazu z TV na Note’a (a w przypadku modeli z podwójnymi tunerami nawet innego kanału, niż wyświetlany na telewizorze).

Aparat bardzo przydał się w pracy. Radził sobie nawet w specyficznych warunkach sklepowych – brzydkim świetle jarzeniówek, wzmaganym przez telewizory świecące w różnych trybach obrazu.

Niestety, nie mieliśmy jeszcze wtedy dostępnych modeli Samsunga na 2015 rok, więc nie miałem jak sprawdzić skuteczności działania funkcji quick-connect, która ułatwia konfigurację telewizora, ale to, co byłem w stanie sprawdzić – piloty, streaming, przesyłanie obrazu, czy klonowanie ekranu przez Screen Mirroring – śmigało aż miło.

Również aparat bardzo przydał się w pracy. Radził sobie nawet w specyficznych warunkach sklepowych – brzydkim świetle jarzeniówek, wzmaganym przez telewizory świecące w różnych trybach obrazu. Robiłem zarówno makra paneli, na których można przyjrzeć się strukturze subpikseli, jak i szerokie zdjęcia sprzętów na ekspozycjach. Przy każdym zdjęciu widoczne były szczegóły, zachowane kolory, a cienie nie były miażdżone. Reasumując – Note jako narzędzie do pracy 100% na tak.

Note 4 w kuchni

Ostatnim głównym punktem było sprawdzenie, jak Note 4 sprawdza się w kuchni – z jednej strony jako notatnik do przepisów, z drugiej – jako narzędzie do strzelania foodpornu. Tutaj zasadniczo podobnie jak w pracy – multitasking z notatką z przepisami, aparat pod spodem i można gotować.

Żeby nie było zbyt różowo, nie wszystko jest rozwiązane idealnie. Na przykład szablon notatek z przepisami wydaje się być zrobiony na kolanie, bo nie sposób dodać do niego większą ilość składników z zachowaniem jakiejkolwiek czytelności. Dlatego w przepisach pozostałem przy zwykłym szablonie z odręczną notatką.

Bardzo spodobało mi się korzystanie z Note’a w kuchni. Przy czytaniu przepisów rozmiar nie przeszkadzał, bo przewijanie stron nie wymaga sięgania w odległe obszary wyświetlacza, natomiast tekst na tych niemal sześciu calach był bardzo czytelny i nie musiałem wszystkiego szczegółowo przeszukiwać, aby odnaleźć się w tekście.

A jedzenie, jak wszystko, Note fotografuje kapitalnie. Zwłaszcza dzięki stabilizacji obrazu nie było problemów ze zwykłym strzelaniem z jednej ręki, gdy druga ubrudzona była składnikami, a słabe wieczorne oświetlenie wielu urządzeniom sprawiałoby kłopot z dobrym doświetleniem kadru. Czyli Note 4 jest bardzo przydatny także w kuchni.

Pozostałe

Co z resztą? Podczas tych kilku dni sporządziłem krótką listę zalet i wad testowanego sprzętu. Znaczną ich część omówiłem powyżej, tutaj natomiast wypowiem się na temat pozostałych.

Obydwa aparaty są rewelacyjne. Wiele dobrego czytałem o głównym tylnym aparacie i podczas korzystania wszystko się potwierdziło, o czym pisałem wcześniej. To, co mnie natomiast bardzo pozytywnie zaskoczyło, to przednia kamera. Przede wszystkim szeroki kąt obiektywu pozwala wykorzystać aparat do różnych kreatywnych zdjęć – manipulacji tłem, zniekształconych perspektyw, jest nawet na tyle szeroki, że Note umieszczony w uchwycie samochodowym bezproblemowo obejmował jednocześnie dwie siedzące z przodu osoby. Aż chciałoby się prowadzić dwuosobowy vlog samochodowy. Przysłona f1,9 pozwala strzelać zdjęcia nawet w bardzo słabym świetle. Bardzo odpowiadała mi też sama aplikacja aparatu, która była jednocześnie prosta i przejrzysta, pozwalając przy tym na dostanie się do dogłębnych ustawień i ręczną kontrolę ekspozycji, ISO, balansu bieli, itd.

Nawet w dniach, w których robiłem dużo zdjęć, korzystałem z nawigacji, przewijałem sporo Twittera i stron internetowych, do ładowarki podłączałem go jedynie późnym wieczorem.

Bardzo fajnym rozwiązaniem jest też szybkie ładowanie urządzenia, które pozwala nam naładować akumulator od zera do 50% w pół godziny. Inna sprawa, że czas pracy na baterii zachwycił mnie, mimo że telefon zaktualizowany był do Lollipopa, który ponoć w tym przypadku znacznie skraca pracę na baterii. Z mojej strony żadnego narzekania na baterię nie będzie. Podczas gdy z Moto X zdarza mi się, że podczas mocno intensywnego korzystania w pracy muszę ładować telefon w ciągu dnia, a w skrajnych przypadkach kolejny raz po powrocie do domu, tak Note’a ani razu nie musiałem w ten sposób traktować. Nawet w dniach, w których robiłem dużo zdjęć, korzystałem z nawigacji, przewijałem sporo Twittera (a wolę jasne schematy kolorów, które nie sprzyjają baterii przy OLEDowych wyświetlaczach) i stron internetowych, do ładowarki podłączałem go jedynie późnym wieczorem.

Design urządzenia to także jeden z plusów. Wprawdzie osobiście nie jestem miłośnikiem aluminium – jak wspomniałem na początku, uważam, że jest zbyt śliskie do wygodnej obsługi, w czym zdecydowanie nie pomagają twarde ostre kąty obudowy. Jednak jeśli chodzi o sam wygląd, czy użyte materiały – jest dobrze. A byłoby jeszcze lepiej, gdyby Samsung poszedł w ślady Motoroli i zamiast plastikowej skóry użył prawdziwej. Wtedy moglibyśmy mówić o prawdziwym premium feel. Choć wciąż nie wiem, co to tak naprawdę znaczy. Pozostając jeszcze przy designie, poprawić możnaby jeszcze S-Pen. Gdyby był wykonany tak dobrze, jak rysiki z Palmów, byłbym zachwycony. Zmieniłbym jeszcze umiejscowienie przycisków regulacji głośności – bardzo często zdarzało mi się je przypadkowo nacisnąć podczas chwytania urządzenia lewą ręką.

Poprawić możnaby jeszcze odrzucanie przypadkowych dotknięc przy opieraniu ręki z rysikiem o ekran oraz pozbyć się czytnika linii papilarnych, przynajmniej w tej, dalekiej od doskonałości formie. Przy okazji możnaby pozbyć się fizycznych przycisków, ale na to nie liczę, bo to dość już charakterystyczny element designu urządzeń Samsunga.

Poza pojedynczymi czknięciami podczas przełączania aplikacji i otwartych kart w Operze, nie zauważyłem żadnych problemów z wydajnością Note’a 4. Wszystko śmigało szybko, uruchamiało się płynnie i działało bez zamuleń.

Na koniec

Po tygodniu używania zacząłem przyzwyczajać się do tego małego, wielkiego telefonu. Czy przekonałem się do Note’a? I tak i nie. Czy przekonałem się, że duże ekrany nie są tak straszne, jak się obawiałem? Zdecydowanie tak. Gdyby Samsung dopracował ergonomię urządzenia i odchudził Touchwiz, byłbym kupiony w całości. Zwłaszcza, że poza komfortem leżenia w dłoni, sprzęt pełen jest kapitalnych rozwiązań – aparat, jakość wyświetlacza, S-Pen, kilka usprawnień software’owych – wszystko to sprawia, że coraz częściej zapominam o twardych krawędziach, a tęsknię za resztą. Z pewnością Note’owi udało się udowodnić mi, że nie ma czego się bać przy tak dużym sprzęcie. Przynajmniej jeśli nie nosimy bardzo ciasnych spodni.

A Moto X 2013 przypomina teraz małą zabawkę.